Artykuły o Polish Polka

Poniżej zamieszczamy tłumaczenia artykułów o fenomenie polish polki w Stanach i Kanadzie, a także linki do oryginalnych, przede wszystkim amerykańskich tekstów. Znajdziecie tam podstawowe, encyklopedyczne informacje o historii tego muzycznego zjawiska, a także kilka artykułów o wpływach tej muzyki na współczesną muzykę taneczną w Polsce. Zachęcamy do lektury!

Nasze narodowe disco polo wraca na salony

Mariusz Cieślik

Nasze narodowe disco polo wraca na salony
Newsweek.pl 11-03-22 18:52

Disco polo to jedyny gatunek muzyki popularnej wymyślony przez Polaków. Wyśmiewane w mediach, przetrwało dwie dekady i tylko patrzeć, jak wejdzie na salony.

Wielbicieli disco polo równie trudno znaleźć jak wyborców PiS albo czytelników tabloidów. Owszem, miliony ludzi słuchają tej muzyki, głosują na Jarosława Kaczyńskiego i czytają „Fakt”, ale przyznają się do tego niechętnie, bo w mediach głównego nurtu wciąż słyszą, że to powód do wstydu. Zresztą w zasadzie nikt ich o gusta nie pyta. Należą do tej milczącej większości, którą ignorują warszawocentryczne stacje telewizyjne i pisma skupione na „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Tylko w jednym jedynym badaniu OBOP dla STX Jamboree sprzed trzech lat ujawniono, że disco polo jest w naszym kraju chętniej słuchane niż rock i popularnością przewyższa je tylko muzyka pop. Jako swój ulubiony gatunek wskazało je aż 29 proc. Polaków.

Koniec disco polo ogłaszano w mediach już kilka razy. Co parę lat przekonujemy się jednak, że pogłoski o śmierci gatunku, uważanego za kwintesencję obciachu, są przedwczesne. Co więcej, można powiedzieć, że disco polo nigdy nie było tak blisko głównego nurtu.

Dowody? Proszę bardzo. Kilkanaście dni temu Lemon Records zapowiedział, że w kwietniu uruchomi kanał telewizyjny poświęcony polskiej muzyce tanecznej, jak eufemistycznie mówią przedstawiciele firmy. Nazwa Polo TV nie pozostawia jednak wątpliwości, jaki gatunek będzie tam dominował. Zresztą przedstawiciele firmy nie kryją, że zainspirował ich sukces płyt z muzyką biesiadną i disco polo dołączanych do „Super Expressu” (trzy miliony sprzedanych egzemplarzy). Cały pomysł jest przedsięwzięciem poważnego gracza, koncernu ZPR SA, do którego należy kształtująca muzyczne gusta Polaków sieć Eska.

 

Nowy kanał disco

Na odpowiedź konkurencji nie trzeba było długo czekać. Kilka dni temu właściciele młodzieżowej, snobującej się na alternatywną 4fun.tv, zapowiedzieli otwarcie kanału TV.Disco, który też będzie się specjalizował w muzyce tanecznej. Pokaże współczesny dance, zagraniczne dyskotekowe hity lat 80. i 90. oraz polskie przeboje z tamtych czasów, czyli teledyski Boysów i Bayer Full.

Wszystko wskazuje na to, że medialne koncerny wreszcie zauważyły, iż przez lata ignorowały dużą grupę, na której można sporo zarobić. Owszem, nie każda gwiazda disco polo wydaje dziś płyty w milionowych nakładach jak Bayer Full, którego pomysł podboju chińskiego rynku muzycznego kojarzy się z głośnym skeczem Kabaretu Ani Mru-Mru o gościu orientalnego baru zamawiającym zupę chińską z Radomia („w ogóle nie smakuje jak chińska” – zapewnia chiński kelner).

Z nieoficjalnych informacji (oficjalne statystyki wydawców disco polo nie obejmują) wynika, że gwiazdy gatunku sprzedają 50-100 tys. egzemplarzy nowych albumów. I to tylko przy okazji koncertów oraz w internecie, bo wielkie sieci handlowe nie są tą muzyką zainteresowane. To, oczywiście, nie są nakłady z pierwszej połowy lat 90., gdy kasety Top One, Milano czy Shazzy rozchodziły się w nakładach milionowych. Ale większość polskich wykonawców, z Dodą na czele, o takiej sprzedaży może tylko marzyć.

Wszystko wskazuje więc na to, że w czasach kryzysu fonograficznego nie da się dłużej ignorować biznesowego potencjału disco polo. Gwiazdy tego gatunku wciąż gwarantują przyzwoitą oglądalność programom telewizyjnym i zarobki wytwórniom płytowym. Ale co najważniejsze, kalendarze koncertowe mają zapełnione na wiele miesięcy.

 

Disco polo live

A polscy wykonawcy utrzymują się nie z płyt, tylko właśnie z występów. Prace zespołu prof. Wojciecha Burszty (badającego uczestnictwo Polaków w kulturze) dowiodły, że najchętniej zapraszane na plenerowe imprezy i festyny są właśnie grupy disco polo. Ba, niedawno przez portale i czasopisma studenckie przetoczyła się burzliwa dyskusja o programie juwenaliów. Okazało się, że w wielu miastach Top One i Boys są główną atrakcją tego typu imprez. Czyli fetyszyzowani przez media, polityków i socjologów „młodzi, wykształceni...” świetnie się bawią przy takiej muzyce. Oczywiście, nie wszyscy. Część studentów pisze na forach internetowych, że to obciach, wstyd i zaścianek. Milcząca większość idzie się jednak bawić.

Jest tak pewnie dlatego, że inna polska muzyka taneczna po prostu nie istnieje. I przywołane wyżej medialne koncerny, kiedy chcą stworzyć ofertę dla jej wielbicieli, muszą sięgnąć po disco polo. A na dzisiejszych dwudziestolatków ta muzyka nie działa jak płachta na byka. Stykali się z nią od dzieciństwa. Zdążyli przywyknąć, że disco polo towarzyszy większości zabaw ludzi z pokolenia ich rodziców. Każdy z nas podczas wesela czy festynu słuchał discopolowych hitów wykonywanych na żywo przez zespół. Dlatego dzisiejsi studenci traktują tę muzykę jako zupełnie naturalne tło do zabawy.

Czy się to komuś podoba, czy nie, disco polo stało się częścią polskiej kultury popularnej czy też masowej, jak kto woli. I stąd właśnie biorą się sukcesy biznesowe ludzi związanych z tym gatunkiem. Już słyszę chór oburzonych, że wrzucam do jednego worka muzykę Czesława Niemena i Marka Grechuty oraz Boys i Milano. Disco polo jest przecież kiczowate i plebejskie, przekaz ma skrajnie uproszczony, a spektrum tematów ograniczone.

To prawda, ale nie ma sensu dyskutować z faktami. Disco polo spełnia wszelkie warunki przynależności do kultury, którą w swojej klasycznej definicji antropolog Stefan Czarnowski określił jako „całokształt zobiektywizowanych elementów dorobku społecznego, wspólnych szeregowi grup i z racji swej obiektywności ustalonych i zdolnych rozszerzać się przestrzennie”. Innymi słowy, chodzi o zjawiska rozpoznawalne przez różne grupy społeczne, które przetrwały próbę czasu i wciąż znajdują odbiorców. Wszystko się zgadza.

Disco polo ma tak długą historię jak hip-hop, który w połowie lat 80. wyszedł z czarnych dzielnic amerykańskich miast i stał się gatunkiem popularnym, a jego początki datuje się na połowę lat 70. Co ciekawe, to właśnie zza oceanu mniej więcej w tym samym czasie zaczęły trafiać do Polski pierwsze pocztówki dźwiękowe z utworami Małego Władzia, a później innych wykonawców z chicagowskiego Jackowa, takich jak Biało-Czerwoni czy Polskie Orły (twórcy niezapomnianego hitu „Cztery razy po dwa razy” przypomnianego właśnie w przaśnej reklamie Biedronki).

To właśnie do polonijnych korzeni disco polo dokopała się etnolożka Anna Kowalczyk, autorka jedynego bodaj naukowego tekstu o tej muzyce. Przyczyn jej popularności upatruje w swojskości gatunku.

 

Ucieczka

Polonusi, szukając piosenek kojarzących się z ojczyzną, sięgali po utwory ludowe i popularne (często jeszcze przedwojenne) znane z wesel lub tancbud, jak np. „Cyganeczka”, „Panno Walerciu”, „Krakowianka” czy „Biały miś”. W PRL niedostępne w oficjalnym obiegu, wiodły drugie życie grane na wiejskich zabawach i sprzedawane na podmiejskich bazarach. Kiedy przyszła wolność, okazało się, że właśnie przy tej muzyce chce bawić się większość zmęczonych trudami transformacji Polaków.

W zasadzie trudno im się dziwić. Z jednej strony disco polo to eskapistyczna rozrywka, z drugiej – często ma w sobie jakąś rzewną polską nutę (by przypomnieć „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina” Bayer Full), odwołuje się do tego, co dobrze znane i swojskie. Wydaje się, że podstawowym powodem sukcesu i żywotności tego gatunku jest przekonanie, iż jest to muzyka polska. Jak mówił jeden z bohaterów głośnego reportażu Mariusza Szczygła i Wojciecha Staszewskiego sprzed ponad 15 lat: „Murzyni wymyślili jazz, Polacy disco polo”.

Oczywiście, co do polskości tej muzyki zgłaszane są liczne wątpliwości, takie choćby, że jej brzmienie kiedyś było inspirowane italo disco i new romantic (Marcin Miller z Boys, najpopularniejszej grupy disco polo, mówił, że marzył, by grać jak Duran Duran), a obecnie zachodnim dance (co słychać zarówno w nowych hitach wspomnianych Boysów, jak i w piosenkach wschodzących gwiazd gatunku, Etny czy D-Bomb). Wszystko to prawda, ale zawsze trzeba patrzeć na kontekst kulturowy. Takie gatunki jak rock, hip-hop, blues czy jazz przywędrowały do nas zza oceanu i nie mają żadnych polskich korzeni. Zaś wykonawcy współczesnego krajowego popu brzmią jak mniej lub bardziej udane podróbki zachodnich gwiazd.

Polska muzyka popularna oryginalnością nie grzeszy. Na jej tle disco polo, które wykorzystuje utwory ludowe i tradycyjne, prezentuje się niczym muzyczna ostoja polskości. Owszem, jest eklektyczne – jak wszystko w naszych czasach. Kultura ludowa? Wolne żarty. Weźmy choćby uważaną za rdzennie polską kulturę Podhala. Architektoniczny styl zakopiański został wymyślony przez Stanisława Witkiewicza, który inspirował się budownictwem austriackiego Tyrolu. A muzyka góralska przetrwała prawdopodobnie tylko dlatego, że zafascynowani nią inteligenci zapisywali tradycyjne utwory i zachęcali do ich grania. Zresztą, zdaniem znawców dostosowała się do gustu publiczności.

À propos brzmień z Podhala, warto zauważyć, że jeszcze w latach 80. w środowiskach inteligenckich popularne było powiedzenie: „Nie lubię chamstwa i góralskiej muzyki”. Dziś mało kto już pamięta, jak pogardliwie traktowano folklor (to słowo wciąż jest zresztą epitetem, by wspomnieć „folklor polityczny”) „spod samiućkich Tater”. Dziś jest najlepiej rozpoznawalną częścią tradycji szanowanej muzyki folk, a odwołujący się do niego wykonawcy, tacy jak Zakopower czy Golec uOrkiestra, są gwiazdami w mediach głównego nurtu. Wiele wskazuje na to, że disco polo przejdzie podobną drogę.

W jednym z odcinków programu TVP2 „Laskowik & Malicki – Niedziela wieczór” (nagrodzonego Telekamerą i uznanego za jedno z odkryć ostatnich lat w polskiej rozrywce) hitem okazało się wykonanie przeboju „Jesteś szalona” grupy Boys przez śpiewaków operowych z orkiestrą symfoniczną w tle. Publiczność zareagowała z entuzjazmem, a każdy pozbawiony uprzedzeń musi przyznać, iż piosenka zabrzmiała w tej wersji tak dobrze, że aż podrywała do tańca. To dowodzi, że gdyby utwory disco polo lepiej zagrać i zaaranżować, nie różniłyby się od innych produkcji pop (pokazał to również swoim wykonaniem „Białego misia” Tymon Tymański w „Weselu” Wojciecha Smarzowskiego). Przecież teksty w muzyce pop nie mają wielkiego znaczenia. Zazwyczaj są kretyńskie i wciąż opowiadają tę samą historię: „Ja kocham ciebie, ty nie kochasz mnie”.

 

Oryginalny kicz

Piosenki disco polo w tej kwestii nie są wiele gorsze. Owszem, są głupie i kiczowate, ale prędzej czy później pojawi się ktoś, kto wykona je w taki sposób, że pokażą swoje walory. Hity tego gatunku mają za to atut, który wyróżnia je na korzyść – ładne melodie, czyli wpadają w ucho i świetnie nadają się do tańca. Każdy, kto raz słyszał „Wolność” Boysów („Niech żyje wolność i swoboda”) czy „O miła moja” Top One, zapamięta je na zawsze.

Na tle mizerii polskiego popu (kto pamięta wielki przebój naszego artysty, który w ostatnim roku nuciłby cały kraj?) disco polo wydaje się sporej części odbiorców atrakcyjną alternatywą. Tym bardziej że podejmuje w tekstach tematy, dla których zdaniem znacznej części Polaków muzyka pop jest właściwym medium. W disco polo śpiewa się niemal wyłącznie o miłości i dobrej zabawie, a teksty rozpięte są pomiędzy chęcią użycia („Bara bara bara riki tiki tak, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak”), a sentymentalnymi wyznaniami w rodzaju: „Hej, dziewczyno, spójrz na misia, on przypomni chłopca ci”.

Co ważne, o sprawach seksu, choć często czyni się do nich aluzje, czasem mało subtelne (typu: „będziesz mocno dmuchał aż do rana”) – nigdy nie mówi się wprost. Jak w typowych ludowych przyśpiewkach, w których niby wiadomo, o co chodzi, ale wszystko odbywa się w sferze eufemizmu.

Na drugim biegunie zaś mamy opowieści o tęsknocie, zdradzie, miłosnych zawodach i wybrankach „jak maliny”, „jak róży kwiat”, które „młodości swej oddają kwiat”. Czyli dostajemy słowny ekwiwalent jelenia na rykowisku – wyświechtane porównania i językowe kalki. Tyle że to najwyraźniej przemawia do Polaków. Jesteśmy społeczeństwem dość tradycyjnym, skrępowanym systemem katolickich zakazów i o uczuciach większość z nas mówi albo w sposób skrajnie konwencjonalny albo rubaszny, kojarzący się z przaśną obyczajowością ludową. Pewnie właśnie dlatego w tekstach disco polo odnajdujemy siebie.

 

Dyskotekowe lustereczko

Disco polo, podobnie jak krajowe seriale, o których trudno powiedzieć cokolwiek dobrego, jest lustrem, w którym przegląda się wielu Polaków. Zwłaszcza tych z prowincji. W sensie roli społecznej przypomina amerykańskie country. Muzykę graną na wiejskich potańcówkach dla kowbojów, którą jajogłowi zza oceanu przez dziesiątki lat uważali za synonim obciachu (sceny parodii country w „Blues Brothers” z 1980 roku to klasyka gatunku).

Dziś to już przeszłość. Pojawili się artyści tacy jak Johnny Cash, którzy wznieśli ten gatunek na muzyczne wyżyny. Że pojawią się i u nas – nie mam wątpliwości, w Ameryce potrzeba było na to ponad pół wieku. Disco polo swojego Casha też się doczeka. Choć niewykluczone, że szybciej znajdzie się ktoś, kto postąpi jak Muniek Staszczyk z szemranymi piosenkami warszawskimi. To znaczy zagra je w stylistyce przemawiającej do bardziej snobistycznej publiczności.

Kto wie, czy nie zrobi tego jakiś muzyk disco polo? Ich produkcje są coraz bardziej profesjonalne. Boys brzmią dziś jak władcy dyskotek lat 80. w rodzaju Modern Talking, a młode pokolenie gwiazd disco polo, np. D-Bomb czy Etna, nie odbiega poziomem od wykonawców muzyki dance z Zachodu.

Za dziesięć lat Marcin Miller z Boys czy Sławek Świerzyński z Bayer Full będą szacownymi autorami znanych dwóm pokoleniom standardów. I wtedy może znajdzie się producent, który – jak Rick Rubin z Johnnym Cashem – nagra z nimi piosenki, które zachwycą krytyków. Brzmi jak bajka o żelaznym wilku? Gdyby 20 lat temu ktoś mówił, że gwiazdy disco polo będą na topie przez następne dwie dekady, też nikt by nie uwierzył.


Powrót...